Wijąc się w udręce na posadzce, zaciskając dłonie na uszach, by utrzymać własną świadomość, powtarzał uparcie jedno słowo. Elryk... Elryk... Elryk... Stopniowo, z ogromnym wysiłkiem, na jaki zdobył się tylko raz, gdy przywoływał Ariocha na płaszczyznę Ziemi, zdołał wygasić obce wspomnienia. Zatrzymawszy własną pamięć, drżący i słaby, mógł wreszcie odsłonić uszy. A potem dźwignął się i rozejrzał wokoło. Ponad dwie trzecie jego ludzi zginęło. Nie żył ogromny bosman. Leżał z wytrzeszczonymi oczami i ustami wykrzywionymi w grymasie rozpaczliwego krzyku. Jego prawy oczodół był otwartą, krwawiącą raną, gdyż próbował wyrwać sobie oko. Ciała martwych zastygły w nienaturalnych pozycjach. Wszyscy mieli oczy szeroko otwarte o ile w ogóle je mieli, wielu nosiło ślady samookaleczeń. Niektórzy przed śmiercią wymiotowali, inni roztrzaskiwali głowy o ścianę. Dyvim Tvar żył, ale skulony w kącie mamrotał coś do siebie. Elryk pomyślał, że jego przyjaciel oszalał. Niektórzy z ocalałych rzeczywiście stracili rozum, ci jednak byli spokojni i dla nikogo nie stanowili żadnego zagrożenia.

(Reklama: )
